|
Oh, Georgia
Do tej pory
Tbilisi kojarzyło mi się tylko z jedną historią. Pod koniec lat osiemdziesiątych
mój wujek wybrał się na objazdową wycieczkę po (wtedy jeszcze) Związku
Radzieckim. I w rzeczonym Tbilisi właśnie napotkał pioniera fast food made in
Europa baardzo wschodnia. Ów pionier był Gruzinem, którego small business
składał się z czterech garnków i pociętych tekturek. Każdy klient standartowo
otrzymywał garść (dosłownie garść, gdyż owy raczkujący kapitalista nie używał
żadnych łyżek ani nic podobnego) ryżu na tekturze i dokonywał wyboru jednego z
trzech sosów, które również przy pomocy ręki Gruzina przemieszczały się z garnka
na ryż. Następnie tą sama łapą odbywało się inkasowanie i przeliczanie
rubli. Łapa Gruzina nie uczestniczyła jedynie w transporcie ryżu z sosem z
tektury do gardeł klientów. Tu już ci ostatni musieli wziąć sprawy - w tym
wypadku ryż - w swoje
ręce.
kilka dni temu w
Tbilisi zginał premier Gruzji. Historia jest dość absurdalna (jeżeli odrzucić
wersję KGBoskiej ingerencji). Otóż w środę wieczorem Pan Premier odwiedził
swojego przyjaciela z lat szkolnych w jego mieszkaniu w centrum Tbilisi -
stolicy kraju. Chłopaki dawno się nie widzieli więc poszedł w ruch samogon,
wędzona słonina i inne przysmaki. Ochrona czekające przed blokiem zaczęła
niepokoić się o swojego przełożonego już następnego dnia rano. Wtargnęła więc
bezpardonowo do mieszkania, niestety Premier i jego druh już niestety nie żyli.
Zatruli się czadem z piecyka typu "koza", który niezbyt dokładnie podłączony był
do systemu
wentylacyjnego.
Nie jest
to być może jakaś śmierć niespotykana, w Polsce co roku słyszy się co najmniej o
kilku takich przypadkach, z tym że ofiarami są zazwyczaj, ludzie biedni, rodziny
patologiczne albo bezdomni. Tymczasem mówimy tu o Premierze kraju, który ma
aspiracje wejść do NATO, był bazą dla wojsk amerykańskich podczas
interwencji w Afganistanie. Prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie poważnych
międzynarodowych rozmów z rządem, którego szef zatruwa się czadem z
kozy.
Przypomniałem
sobie, że słyszałem o jeszcze jednym Gruzinie, ale był on jedynie wytworem
wyobraźni mojej nauczycielki od fizyki i służył jako przykład zastosowania prawa
zachowania pędu. Otóż przewoził on arbuzy z jednego brzegu jeziora na drugi
niestety za którymś razem potopił wiosła, ale ponieważ miał arbuzy wyrzucał je z
łódki i w ten sposób przemieścił się na drugi brzeg. Chociaż był bardzo
pomysłowy, to kokosów na arbuzach raczej nie zrobił.