|


Usiadł przed monitorem. Szklanka czarnej kawy. Nie pisał nic konkretnego. Bawił się zdaniami. Pochłaniał go proces.
Naciskanie klawiszy. Pojawiające się na ekranie czarne litery. Palce szybko odnalazły znajomy rytm. Zapalił papierosa. Zdanie. Kawa. Papieros. Zdanie. Pisał. Wiedział, że kiedyś wszystko w całość. Wtedy świat przed nim.
Wiedział, że musi coś nowego. Kobiety. Narkotyki. Papierosy. Obserwacje. Sytuacje, które znał. Gromadzone pieczołowicie słowa. Zdania. Brudne miasto. Ci wszyscy. W autobusach porannie śmierdzących. Duchowy ekshibicjonizm.
Zapełniał ekran kolumnami liter. Przodownik pracy. Przekraczał normę. Nieskończoną ilość razy. Kawa i papierosy. Coraz bardziej drapiący papieros. Coraz zimniejsza kawa.
Tego drugiego zastąpił monitor. Nieśmieszny i nawet nietragiczny. Terkocząca klawiatura. Długo w nocy.
Powtarzał ten ceremoniał. Kilka z rzędu. Potem zostawiał. Wracał. Jakiś czas później. Zmieniał. Przestawiał. Pieścił słowa. Jak pierwszą kochankę. Pigmalion i jego posąg.
Wstał. Podszedł do okna. Wielookie olbrzymy zasnęły. Dawno.
Gdzieś zza nich pijackie śpiewy. Zaciągnął się. Głosy stały się donośniejsze. Nagły krzyk: Kurwa! I cisza, cisza, która się wzmaga - pomyślał. Usiadł. Zastukały klawisze. Papierosy i stygnąca kawa. Wykasował wszystko. Przejrzał stare pomysły. Kilka wierszy. Nigdy ich nie skończył. Zgasił światło.
Jutro znów będzie. I zawsze. Wymięte papierosy. Kawa. Słowa. Jedna, czy dwie publikacje. W kiepskich gazetach. Niezauważony tomik. Tylko Ona do końca będzie mu wmawiać, że powinien. Że musi. Będzie pracować nocami.
Przed śmiercią pomyśli, Że mógł zostać murarzem. Szczęśliwym. Osiem godzin i do domu. Gazeta. Telewizor. Ciepłe obiady i żona. A on czuł się jak gorszy brat. Coraz tańsze papierosy. Kawa i Wódka, która ją wyparła. Usłyszy jeszcze głos - rozgrzeszam was -
jakby skierowany tylko do niego. Ta scena to przekleństwo jego życia. Zobaczy ją po raz ostatni. I zaśnie.