prozaki   Quefear
piosenki
powierszunki

Tramwaj zatrzymał się.
Nie był jedyny ... Środek skrzyżowania. Autobusy zapchane do granic możliwości. Poszedłem piechotą. Jeden ... Dwa ... Trzy ... Liczyłem tramwaje. Z nudów. Wyjąłem papierosa. Zapaliłem. ... Siedem ... Osiem ... Dym mile łaskotał w gardle. Szedłem. ... Trzynaście ... Czternaście ... Zobaczyłem zbiegowisko. ... Siedemnaście ... Podnosili pierwszy wagon.
Nie lubię gapiów. Niezdrowej sensacji. Zatrzymałem się. Opleciony grubymi łańcuchami tramwaj. Kołysał się. Porozrzucane książki.
Leżała w poprzek szyn. Jej szalik powiewał. Zaplątany w koła.

Poznali się. Na urodzinach.
- Co ona w nim widzi ? -
Rozmawiali. Tańczyli. Żartowali. Potem siedziała mu na kolanach. A on trzymał ręce pod jej bluzką. Wyszli wcześniej.
Spotykali się codziennie. Podobno chciał się żenić. Codziennie o tej samej porze. Podobno zgodziła się. Codziennie. Przez tydzień.
I jeden dzień.

Dzień przedtem była u mnie.
Ubierając się mówiła, że go zostawi.
Że będzie ze mną. Tylko ze mną.
Że zrobiła to dla mnie.
Że mnie kocha.
Ja zapomniałem. On pamięta.

Quefear kulturysta łowca głów szrpidrut roman pi wodołaz bywalec pajac szperacz goście, goście
poprzednia strona