|
Tramwaj zatrzymał się.
Nie był jedyny ... Środek skrzyżowania. Autobusy zapchane do granic możliwości. Poszedłem piechotą.
Jeden ... Dwa ... Trzy ... Liczyłem tramwaje. Z nudów.
Wyjąłem papierosa. Zapaliłem.
... Siedem ... Osiem ... Dym mile łaskotał w gardle.
Szedłem.
... Trzynaście ... Czternaście ... Zobaczyłem zbiegowisko.
... Siedemnaście ... Podnosili pierwszy wagon.
Nie lubię gapiów. Niezdrowej sensacji.
Zatrzymałem się.
Opleciony grubymi łańcuchami tramwaj. Kołysał się. Porozrzucane książki.
Leżała w poprzek szyn.
Jej szalik powiewał. Zaplątany w koła.
Poznali się. Na urodzinach.
- Co ona w nim widzi ? -
Rozmawiali. Tańczyli. Żartowali. Potem siedziała mu na kolanach.
A on trzymał ręce pod jej bluzką.
Wyszli wcześniej.
Spotykali się codziennie.
Podobno chciał się żenić.
Codziennie o tej samej porze.
Podobno zgodziła się.
Codziennie. Przez tydzień.
I jeden dzień.
Dzień przedtem była u mnie.
Ubierając się mówiła, że go zostawi.
Że będzie ze mną. Tylko ze mną.
Że zrobiła to dla mnie.
Że mnie kocha.
Ja zapomniałem. On pamięta.